TUŁACZ CZY PIELGRZYM? ROZMOWA Z RAFAŁEM FRONIĄ — HIMALAISTĄ, AUTOREM „ANATOMII GÓRY”.

0
242
views
RAFAŁ FRONIA, W ŚCIANIE K2; fot Piotr Tomala

Czymś naturalnym jest marzenie o wspinaniu się wyżej. Ta magia wysokości. Gdyby nie metryczny system miar, w ogóle nie byłoby tego zamieszania. Jest ich 14 i każdy, kto zdobędzie jeden, chce pozostałych trzynastu. Odkąd wylazłem ponad chmury, na cztery tysiące metrów — chciałem pięciu, potem sześciu, potem siedmiu, aż po zdobyciu Piku Lenina — zamarzyłem o ośmiotysięczniku. Jakimkolwiek.

~ANATOMIA GÓRY; Rafał Fronia

 

Czytaj także: Śladami polskich himalaistów. Wywiad z Bernadette McDonald.
OBÓZ II MOUNT EVEREST; ze zbiorów własnych Rafała Froni

 

Zofia Kajca: W Anatomii Góry” wspominasz, że podczas wyprawy na Mont Blanc, zapadasz na chorobę zwaną wspinaczka. Każda choroba ma jakieś podłoże. Co było przyczyną Twojej?

Rafał Fronia: Podatność. Jeśli człowiek jest podatny na wirusa grypy, to choruje na grypę. Ja jestem podatny na piękno gór i pewnie dlatego zachorowałem na góry. Jest w nich coś, co mnie niesamowicie uspokaja. Góry wysokie takie jak: Alpy, Himalaje, Karakorum, Pamir czy Andy, dają człowiekowi przestrzeń w oku. To ma dla mnie wartość. Głębiej oddycham. Jestem bardziej dotleniony.

ZK: To był dłuższy proces, czy dopadło Cię nagle? Piotr Morawski na początku swojej przygody twierdził, że w ogóle nie nadaje się do himalaizmu. Jego dzienniki pięknie pokazują proces tej przemiany. Jak było w Twoim przypadku?

RF: Myślę, że bardzo podobnie. Człowiek często nie jest świadom, że podejmując pewną aktywność, właśnie wchodzi na nową ścieżkę życia. Najpierw był Mont Blanc, potem inne szczyty alpejskie. Następnie Ameryka Południowa, Afryka, Pamir… Zanim trafiłem w Himalaje, upłynęło dużo czasu. 10 lat błąkania się i wypraw w coraz wyższe góry. To jest tak, jak z nałogiem: potrzebujesz więcej i więcej tego, co poprawia twoje samopoczucie. Ja o dziwo, naprawdę czuję się w górach dobrze.

ZK: O dziwo?

RF: Wyprawa zimowa to -30 stopni w namiocie, gdzie szron sypie się za kołnierz, wieje silny wiatr. Śpimy w buffach, otuleni śpiworami. Normalnemu człowiekowi, który pracuje po 8 godzin w biurze i lata na wczasy na Wyspy Kanaryjskie, nie rodzi się w głowie akceptacja dla tego rodzaju przyjemności.

ZK: Czujecie się w takich warunkach niebezpiecznie?

RF: Nie. Jeżeli ktoś jedzie w góry i kalkuluje wypadek lub zakłada, że nie wróci, to jest albo hipokrytą, albo idiotą. Nie wierzę, że człowiek świadomie, nie kokietując, naraża się na taką myśl. To by było irracjonalne. Życie jest największą wartością i żaden z nas nie jedzie tam umierać.

ZK: Ten temat często jest poddawany dyskusji ryzyko na jakie się narażacie. Wiele osób, uważa, że jest ono zbyt wysokie.

RF: Ryzyko jest i trzeba je podejmować. Ja w ten sposób pojmuję ewolucję. Człowiek predysponowany do działalności umysłowej wymyśla nowe rozwiązania. Człowiek taki, jak ja, którego całe życie cieszył sport, poprawia to, czego poprzednie pokolenia nie były w stanie zrobić w tej dziedzinie.

ZK: Gdzie leży granica tego ryzyka?

RF: Nie mam pojęcia. Nigdy do końca nie wiem, czy jestem o 99% od zagrożenia, czy o 1%. Kiedy szliśmy w Drogę Basków, wydawało nam się, że jesteśmy tam w miarę bezpieczni. Nagle oderwał się serak, który nie powinien był się oderwać i spada nam na głowę lawiną. Dobrze, raz na sto lat, może się tak zdarzyć. Idziemy więc drugi raz. Kolejna lawina. No przecież tak nie można. Często to powtarzam: w górach ludzie popełniają błędy, dlatego dzieją się wypadki, często śmiertelne. My powinniśmy byli przewidzieć to zagrożenie i obrać inną drogę.

 

K2 ZIMĄ; ze zbiorów własnych Rafała Froni

 

ZK: Jak dokładnie da się to zrobić?

RF: Gdyby to było takie proste, nie byłoby żadnego ryzyka. Trzeba próbować.

ZK: Korzystacie z dostępnych pomocy?

RF: Korzystamy ze wszystkich zdobyczy technologii i wiedzy, żeby było bezpiecznie.  W moim odczuciu sukces jest drugorzędny. To szkoła Krzysia Wielickiego, który całe życie wpajał mi do głowy, że najważniejsze jest to, żebyśmy z wyprawy wrócili. Ja nie muszę być na szczycie. Radość daje mi samo obcowanie z górami.

ZK: Doświadczyłeś kiedyś momentu odrealnienia (przez wysokość, halucynacje), który pozbawiłby Cię zdrowego rozsądku i pchał do góry za wszelką cenę?

RF: Nie. To jest wspomniany błąd. Jeśli człowiek doprowadza swój organizm do takiego stanu, że widzi rzeczy, które nie istnieją, słyszy głosy, które nie są prawdziwe, słucha podszeptów, to znaczy, że przekroczył barierę. Młody, nieprzyzwyczajony organizm potrafi doprowadzić się do takiego stanu, w którym przez nadmierny wysiłek, nie zrobi ani kroku dalej. Człowiek zwyczajnie siada i umiera. Ja, zbliżając się do tej bariery, wiem, że nie wyhuśtam się do zera  mówiąc naszym żargonem. Trenując całe życie maratony, ultra-maratony, uodporniłem swój organizm na balansowanie przy granicy zera.

ZK: W Ekwadorze, podczas wyprawy na aktywny wulkan, stwierdziłeś: a co mi tam, idę. Jakimi kategoriami wówczas myślałeś?

RF: Takimi, że się uda. Oczywiście, byłem świadom ryzyka, ale tę Tungurahuę obserwowaliśmy od dłuższego czasu, już od wyprawy na Cotopaxi. Widzieliśmy, że śpi. Z Chimborazo mieliśmy taki sam obraz. W pewnym momencie stwierdziliśmy, że to chyba jakaś ściema, kolokwialnie mówiąc. Delikatnie sobie ten wulkan dymi, pomrukuje, nic poważnego. Jak się później okazało, to była kompletna głupota.

ZK: Nauczka?

RF: Czy ja wiem?

ZK: Gdybyś znalazł się drugi raz w takiej samej sytuacji…

RF: Postąpiłbym tak samo. Jestem niczym postać z opisów Kochanowskiego: człowiek i przed szkodą i po szkodzie głupi. No, ale skoro mnie to cieszy…

ZK: A zastanawiasz się wtedy, co masz do stracenia?

RF:  Oczywiście, boję się! Nam się często wydaje, że poradzimy sobie z zagrożeniem, bo mamy umiejętności, bo uważamy, jesteśmy zachowawczy, przygotowujemy się… Nie do końca jest to prawda. Mam tylko nadzieję, że błędy, które możemy popełnić z nieświadomości, czy z ryzyka, będą naprawdę marginalne.

 

Czytaj: Ucieczka do wolności.

 

ZK: Przejdźmy do wątku, który przewija się zarówno w Anatomii Góry”, jak i w Rozmowie z Górą”. Tułacz, czy pielgrzym rozstrzygnąłeś?

RF: Tak. Mam dom, do którego wracam i za którym tęsknię. Natomiast, będąc na dole, zawsze myślę o górach, planuję kolejne wyprawy; Nanda Devi, powrót na Broad Peak, zimowa wyprawa na K2. Co chwile coś się dzieje; spotkania, nasza rozmowa. To wszystko pcha moje myśli ku górze.

ZK: Masz czas pożyć tu i teraz?

RF: No pewnie, że mam.

ZK: A potrafisz?

RF: Z tym jest trochę gorzej. Ten wątek rozwijam w nowej książce. Poszukiwanie spokoju wewnętrznego. W górach tęsknię do miejsca, w którym mieszkam.  Natomiast w domu tęsknię za odgłosem zatrzaskiwanych raków, co zwiastuje początek wędrówki. Jeckyll i Hyde…

ZK: Cytując z Anatomii Góry”, umiesz cieszyć się tylko przeszłością, a żyć marzeniami o przyszłości.

RF: Coś w tym jest.

ZK: Są momenty, które celebrujesz tu na dole?

RF: Tak… kawa przed moim domem. Siadam z książką i czytam. Wszystko jedno, o czym, ale to musi być dobre pióro. A jeszcze, gdy jest zachód słońca i akurat stado koni mojego sąsiada biegnie przed siebie  to jest piękna chwila. Tak, wtedy celebruję.

ZK: I nie uciekasz myślami w przód ani wstecz?

RF: Nie. Wtedy liczy się tu i teraz. Na króciutko.

ZK: W swoich publikacjach  mocno się uzewnętrzniasz od strony emocjonalnej, ale nie dotykasz tematu rodziny.

RF: Nie wszystkie rzeczy są do pokazania. My bardzo szanujemy naszą prywatność. Pisanie o moich myślach, przeżyciach, to tylko połowa mnie. Druga połowa to dom. Tam wyłączam telefon i wnikam w swój wewnętrzny świat. Staram się nim cieszyć.

ZK: Podoba mi się bardzo zdanie, które umieściłeś na początku Anatomii Góry”. “Tylko nam, zwykłym ludziom, można mówić o sobie, gdyż nikt za nas tego nie zrobi”. François- René de Chateaubriand.

RF: Tak. Zawarłem tam kilka ważnych dla mnie zdań. Na przykład przekształcenie no pasarán  w hemos pasado, czyli przeszliśmy, daliśmy radę. To odnosiło się do momentu, kiedy zdobyłem Lhotse. Ze zdaniem Chateaubrianda zdecydowanie się identyfikuję. Nie uważam siebie za kogoś szczególnego. O ludziach szczególnych piszą inni ludzie, a o zwykłych muszą pisać oni sami.

ZK: Czujesz potrzebę mówienia o tym, co się dzieje w Twojej głowie, dzielenia się refleksjami z szerszą publicznością?

RF: Skoro to robię, to pewnie tak. Niektórzy nazywają to grafomanią. Dla mnie ważne jest utrwalenie chwili. Wszystko, co wyprodukował człowiek, a co leży w sferze piękna, stanowi próbę jego utrwalenia. Czasami jest ono niezrozumiałe, jak u Picassa, czy Beksińskiego, ale Ci ludzie upamiętniali pewne wrażenie. Wyobraź sobie, że jesteś w najpiękniejszym miejscu na Ziemi zupełnie sama. Brakuje Ci drugiej osoby. Brakuje Ci rozmowy. Nie możesz podzielić się swoimi przeżyciami. Ja jestem w tych moich górach. Obóz trzeci. 7000 m n.p.m. Leżę sobie z Gawrysiakiem w namiocie i zaczynam do niego gadać wierszem. No, to co ja dostaję? Zastrzyk z deksametazonu albo wysyłają mnie na dół, bo coś ze mną nie tak. W mojej głowie rodzi się wtedy pewne wrażenie i stąd zapis. Anatomię Góry” uważam za sukces. Książka bardzo dobrze się sprzedała, a ja uwierzyłem, że to ma sens. My bardzo płytko żyjemy, stąd zapotrzebowanie na emocje. Brakuje nam uniesień, które stanowią o człowieczeństwie. To w nas powoli umiera.

ZK: Doświadczasz tych uniesień także w codziennym życiu?

RF: Zdarza się, chociaż rzadziej. Pewnie dlatego wybrałem góry. Wcale nie muszą to być Himalaje, najwyższe szczyty świata. Każdy ma swoją Górę.

ZK: Czym jest dla Ciebie ta enigmatyczna, tytułowa Góra?

RF: Nie wiem. Nie porównywałbym góry ani do kobiety…

ZK: Robisz to w swojej książce.

RF: To prawda. W kolejnej będzie tych analogii jeszcze więcej, ale Góra nie jest dla mnie kobietą. Nie jest też Bogiem, bo nie oddaję jej czci tak, jak robią to Tybetańczycy. Nie wierzę w to, że na Górze mieszka duch, chociaż zawsze uczestniczę w pudźy mającej tego ducha obłaskawić. To nie hipokryzja. Szanuję lokalne obyczaje. Czym jest dla mnie ta Góra? Płaszczyzną do odnajdywania samego siebie.

ZK: Mówisz, że stajesz się w górach prawdziwszy.

RF: Zdecydowanie. To nie tylko ja. Tutaj, na dole, jest teatr. Chcemy widzieć siebie oczami innych. Poprawiamy swój wizerunek, ukrywamy mankamenty, naginamy naszą postać do wybranych wzorców. W tej rzeczywistości bardzo dobrze nam to wychodzi. Natomiast w górach ten teatr w pewnym momencie się kończy. Warunki są ekstremalne i z człowieka wychodzi jego prawda.

 

PO ZEJŚCIU Z LHOTSE; ze zbiorów własnych Rafała Froni

 

ZK: Utkwiło mi kiedyś w głowie zdanie wypowiedziane przez amerykańskiego pisarza Richarda Bacha: oto jest test, żeby sprawdzić, czy Twoja misja na Ziemi się skończyła. Jeżeli żyjesz, nie jest skończona. Potrafisz to odnieść do siebie?

RF: Tak! Zgadzam się z tym, bardzo, ale nie rozwinę odpowiedzi, tylko odeślę do Rozmowy z Górą”, która niedługo się ukaże. Takich przemyśleń będzie tam wiele, więc nie chciałbym przedwcześnie puentować.

 

Tour du Mont Blanc. W 170km dookoła korony Europy.

 

ZK: W Anatomii Góry” przewidujesz moment, kiedy będziesz wiedział, że Twoja misja dobiegła końca. Moment, w którym znajdziesz swoją Górę.

RF: Tak.

ZK: Wierzysz, że tak będzie? Załóżmy, że będziesz w pełni sił, zdrowia i ochoty. Staniesz na jakimś wierzchołku i powiesz sobie: koniec.

RF: A dlaczego na wierzchołku? Przypomnij sobie Forresta Gumpa, który biegał w tę i z powrotem po Ameryce, aż nagle się zatrzymał i stwierdził: koniec, zmęczyłem się. I to jest właśnie ten moment. Nie musi być żadnego powodu.

ZK: Run, Forrest. Run… Rafał, dziękuję za rozmowę.

 

PANORAMA ZE SZCZYTU LHOTSE; ze zbiorów własnych Rafała Froni

 

 

 

Nie wiesz jak ruszyć z biznesem? Dowiedz się TUTAJ.

Jesteś z Krakowa? Sprawdź, co słychać na F7 Kraków.